Wibracja wszelkich możliwych dobrych energii: piękna, prostoty, trwałości, precyzji, harmonii i przemyślanych rozwiązań

Nej, jak mawiają holendrzy. Rower "holender" to nie rower "retro" tylko ponadczasowa esencja roweru jako takiego, wibracja wszelkich możliwych dobrych energii: piękna, prostoty, trwałosci, precyzji, harmonii i przemyslanych rozwiązan. Po prostu forma doskonała.

Anglicy mają ładne okreslenie na formę holendra ze względu na kształt kierownicy i geometrię - "sit up and beg", bo siedzisz na nim troche jakbys żebrał czy prosił, a trochę - jakbys medytował zawieszony w podstawowej formie tai-chi chuanu, która się nazywa "dzban" i która otwiera - jak wierzą Chinczycy - meridiany, tajemnicze kanały energetyczne ciała. Nie każdy rower to ma, oj nie każdy.

A mniej odlotowo: rower holenderski natychmiast poznajesz bo białym ok. 30 cm pasku na tylnym, masywnym błotniku, doskonale widocznym w nocy w swietle samochodowych reflektorów. Ten pasek mają wszystkie holendry bez względu na kolor fabryczny - własnie po to, żeby je było w nocy widać lepiej. Oczywiscie maja też czerwone swiatełka na błotniku i wielkie swiatło odblaskowe mocowane z tyłu niezwykle masywnego bagażnika, który często w Holandii służy do wożenia pasażera.

Każdy holender ma duże koła 28 cali, kontrę lub wewnętrzne przerzutki i bardzo charakterystyczną zamkniętą obudowę łańcucha - nie tylko po to, aby nogawki spodni od garnituru nie wciągało w łańcuch, ale też żeby łancuch nie był narażony na wpływy atmosferyczne. Wiele holendrów ma specjalne osłony z boków tylnego błotnika, żeby w szprychy koła nie wkręcał się długi płaszcz czy spódnica.

Przednie lampki holendrów są zazwyczaj srebrne, owalno-podłużne i zawsze mocowane do sterów _u góry_ tuż pod kierownicą, dzięki temu są widoczne z dalszej odległosci; wszystkie inne rowery mają lampki mocowane inaczej, niżej - tuż nad błotnikiem.

I wreszcie kierownica, którą trzyma się dokładnie inaczej, niż patykowatą poprzeczkę MTB czy trekinga: dłonie opierają się o nią równolegle do kierunku jazdy. Kierownica, stery, widelec, siodełko - wszystko wykonane jest do najmniejszego szczegółu z niebywałym pietyzmem i odwieczną funkcjonalną prostotą, widoczną spod nieodłącznej patyny czasu i odpowiedniego zużycia - niczym każdy najdrobniejszy sprzęt w klasztorze Zen.

W Holandii takich rowerów są miliony - idziesz ulicą w deszczu i patrzysz się na tysiące zaparkowanych i moknących w oczekiwaniu na własciciela, niektóre porzucone, z połamanymi kołami, inne z braku miejsca wcisnięte w jakis nieprawdopodobny zakamarek. I zastanawiasz się, jak ci własciciele tych rowerów potrafią rozpoznać swój - skoro one wszystkie są takie same. No własnie nie są - kazdy jest doskonale inny, jedyny w swoim rodzaju, ma duszę. Ale forma jest niezmienna :)

A ta doskonała forma holendra przenika rowerzystę i odmienia go wewnętrznie - jeździ się na rowerze holenderskim dostojnie, wyprostowanym, wręcz kontempluje jazdę kiwajac się na boki przy naciskaniu na pedały - nie ma mowy o nerwowosci i pospiechu "górala" i szosówki ani o zakompleksionej neurastenii "ukrainy" czy składaka.

W nocy rowerzysci na holendrach przemykaja ulicami Amsterdamu jak duchy, a może jak dżiny na latających nisko dywanach - bo często nie widac w ciemnosci czarnego roweru, tylko wysoko żarzącą się żółto żaróweczkę z przodu i czerwony niedopałek jakiejs wyciągniętej z przedwojennego lamusa czy pchlego targu lampki z tyłu. A miedzy nimi czasem widać głowę rowerzysty nienaturalnie wysoko, dwa metry nad ziemią, kiwającą się w takt tajemniczego, potępieńczego skrzypienia jakies rozregulowanej i żyjącej swoim własnym życiem wajchy czy przekrzywionego błotnika.

Często te duchy zjawiają się parami, a jesli zdarzy się, że suną drugą stroną amsterdamskiego kanału - widzisz też ich odbicie w wodzie między barkami i łódkami i czasem zastanawiasz się, czy jeden z tych rowerzystów rzeczywiscie wiezie pół fortepianu pod pachą, czy też wizyta w coffieshopie nie rozregulowała nieco twoich wewnętrznych przerzutek.

Kultura - bo jest to cała kultura, wręcz cywilizacja - roweru holenderskiego przeniknęła do bardzo niewielu krajow poza Niderlandami i w niewielu miejscach zagnieździła sie na dobre, ale wszędzie ma swoich wiernych wyznawców i praktyków. Wiele holendrów widuje się w Niemczech, ale gubią się tam wsród skundlałych przejawów niemieckiego poczucia estetyki. Niemieckie rowery sa przyciężkie, nieforemne, za małe albo za duże; choć równie solidne, jak holenderskie - niestety często są brzydko malowane przez producentów, na przykład w bezwstydny kolor herbaty bawarki.

Z kolei Duńczycy wykształcili swoją wysoką i odmienną kulturę rowerową, z charakterystyczną ramą z cienkich rurek (oraz arystokratycznego Pedersena), ale nie ma ona takiej siły przebicia, jak rowery holenderskie, chocby dlatego, że polega na zawodnych przerzutkach zewnętrznych i hamulcach szczękowych, rdzewiejących na deszczu. Duńczycy dla odmiany dali swiatu praktycznego Long Johna - jamnikopodobny rower towarowy, budzący zawsze zywą ciekawosc i pytania, jakim cudem ten pojazd w ogóle może jeździć i przewozić nawet sto kilo ładunku w wielkim wiklinowym koszu zawieszonym kilkanascie centymetrów nad ziemią miedzy kierownicą a przednim kołem.

Są jeszcze Szwajcarzy - tych charakteryzuje zupełnie nieziemski brak przywiązania do dóbr doczesnych: rowerów nie przywiązują do niczego i nawet na noc zostawiają na ulicy zapięte tylko na kluczyk. Rowery stoją nie w stojakach, tylko po prostu na jezdni na wydzielonych miejscach parkingowych zabranych samochodom - i czasem jak powieje mocniejszy wiatr albo ktos nieostrożnie potrąci jeden z nich, przewracają się z brzękiem jeden na drugi, jak kostki domina. Szwajcarskie rowery, podobne do duńskich i niemieckich poznać można po bardzo dobrym osprzęcie, a przede wszystkim po tabliczce rejestracyjnej na tylnym odblasku (tylko nuworyszowskie rowery kupowane w ostatnich latach jej nie mają) i podwójnej, motocyklowej nóżce umożliwiajacej takie nonszalanckie parkowanie, na które stać tylko mieszkańców najbogatszego kraju świata.

Ale niech nikogo nie zmylą pozory - niech no ktos o czwartej rano spróbuje ukrasc taki stojacy na szwajcarskiej ulicy rower, dwudziestu sąsiadów zbudzi sie niechybnie, wystawi czujnie zaspaną głowę za okno, zadzwoni po policję i nieszczęsny zlodziej spedzi sporo czasu w najbardziej luksusowych aresztach swiata. A cała ta sprawa bedzie przed pół roku podstawowym tematem rozmów owych dwudziestu szwajcarskich sąsiadów, na codzień produkujacych drogie precyzyjne urządzenia albo mieszających skomplikowane odczynniki chemiczne i drogie lekarstwa czy liczących cyfry w wielkich bankach gdzie przelewają się fortuny możnych tego swiata.

A wracając do rowerów holenderskich - warto wiedzieć, ze rower holenderski, wspólnie ze swoimi angielskimi kuzynami i przodkami, dzis już nieprodukowanymi i dawno w Starym Swiecie zapomnianymi, potrafił dokonać tego, czego nie udało się armiom Dzyngis-Chana, Anglikom, Sowietom i US Army: podbił nie tyllko Indie, ale i Afganistan.

W tym ostatnim kraju w niewiele zmienionej formie jest wykorzystywany na codzień przez okrutnych Talibow, którzy nawet nie wiedzą, jakimi magicznymi pojazdami sie poruszają. Ale mimo to jakies pierwotne, nieuswiadomione do konca, pogańskie i grzeszne wobec Allaha przeczucie ich nie myli: dlatego zapewne zakazali swoim kobietom wsiadać na te rowery, bo mogłoby to oznaczać zgubę ich szalonego, pomylonego swiata.

Swiata, w którym burzy sie tysiacletnie posągi Buddów w Bamiyanie, gdzie publicznie niszczono magnetofony, zakazano bawić się dzieciom latawcami i hodować kanarki w klatkach, zbrojni w kałasznikowy, brodaci i dzicy synowie Allaha pedałują na miejscowych podróbkach holenderskich rowerów wykonywać publiczne egzekucje zgodnie z wyrokami Ministerstwa Cnoty i Występku Talibanu: http://www.ciriello.com/pix/46/460227.jpg

I to własnie ich zgubi: zamiast połamać te holenderskie rowery, spalić i zniszczyć jako dzieło występne jak latawiec i z gruntu szatańskie niczym magnetofon i kanarek w klatce (jakim cudem toto w ogóle jeździ, utrzymuje równowagę? Allah jest wielki...), Talibowie pozwalają, by moc holenderskiego roweru przenikała stopniowo najciemniejsze zakamarki ich posępnej duszy i kiedys niepostrzeżenie przywróciła karmiczną równowagę - szprychą w oko Mułły Omara i Osamy Bin Ladena.

Marcin Hyła (pl.rec.rowery)

Artykuł pochodzi ze strony:
http://www.bikeworld.pl/?ppg=komentarze&id=51&dzial=2

Hey, I've got a crazy idea!

Hey, I've got a crazy idea! Instead of welcoming us, the loyal Blackberry users, to kick the tires around the new blog, why not put the elves to work on adding a new little link to the homepage that takes us directly to some sort of "Network Status" page? 70-652 Maybe that way we could come here first to see when our devices are in paperweight mode instead of calling all our respective service providers to get the response of 70-653 "RIM is having nationwide problems again, so it's not a (insert carrier name here) network problem, it's specifically a Blackberry problem." And in light of these situations, 70-654 especially considering that this is the second nationwide outage in about a week, 70-655 what about allowing us to use a POP e-mail solution on our Blackberry devices when the network does suffer a nationwide failure?